Hilaire Belloc

        Z dwóch wielkich pisarzy katolickich Anglji współczesnej Chesterton jest u nas dość dobrze znany z przekładów (choć pożal się Boże, jakich!), artykułów, wreszcie z ogłoszonego niedawno obszernego studjum p. Borowego. O Belloc'u cicho. A przecież zasługuje on na uwagę i jako głęboki myśliciel, i jako świetny beletrysta, i jako szczery przyjaciel Polski. A jednak bytność jego w naszym kraju mało komu była wiadoma, dzieła jego znane są jedynie szczupłej grupce ludzi, zajmujących się literaturą angielską. Czas już, aby to uległo zmianie, i można mieć nadzieję, że rzeczywiście tak będzie. W chwili, kiedy to piszę, wychodzi w "Lwowskim Kurjerze Porannym" pierwsze tłumaczenie, a równocześnie prof. Tretiak przygotowuje szkic o autorze. Zanim ukaże się ta, o ile mi wiadomo, szerzej zakrojona praca, pragnę zawrzeć w krótkim artykule najcharakterystyczniejsze cechy i najważniejsze momenty działalności Belloc' a.

         Gdy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia - urodził się w r. 1870 - stawiał pierwsze kroki, księga twórczości wiktorjańskiej była już zamknięta. Tendencja moralna, wiara w Boga i ludzi, przeświadczenie o celowości wszystkiego na świecie, wychodziły szybko z mody. Wilde głosił hasło sztuki dla sztuki; Moore i Gissing naśladowali francuskich naturalistów; zanim Kipling stał się piewcą imperjalizmu i brutalnej siły, dawał zaprawne pesymizmem realistyczne obrazki z życia; Hardy kończył swą powieściową działalność potężnemi akordami niewiary, aby wnet przejść do ich powtarzania w formie poetyckiej; Conrad zaczynał rozwijać swe piękne, ale posępne malowidła życia egzotycznego; mocny w satyrze, ale słaby w koncepcjach pozytywnych, Shaw w pierwszych swych komedjach odsłaniał oblicze genjalnego kpiarza. Słowem nad literaturą unosił się duch Samuela Butlera, który w swej utopijnej powieści rozpoczął z wielkim talentem burzenie pewników, będących podstawą myślenia współczesnego Anglika.

         Twórczość Belloc'a należy do objawów reakcji na tego ducha negacji, sceptycyzmu i pesymizmu. Zaczął on od pisanych niby od niechcenia drobnostek, od wierszyków dla dzieci, a może nie dla dzieci, od pieśni pijackich, bluetek i ulotnych kartek z podróży. Ale już tu odzwierciedlały się cechy, nadające wszystkiemu, co wyszło z pod jego pióra, odrębny charakter. O ile idzie o stronę zewnętrzną, były to dowcip, dbałość o wykwintne wysłowienie, jasność, subtelność i prostota, rysy, które Belloc zawdzięcza zapewne płynącej w swych żyłach krwi romańskiej - warto zaznaczyć, że używa imienia w formie francuskiej (Hilaire), nie w angielskiej (Hilary).

         Wnet też odsłoniły się przed czytelnikami wewnętrzne cechy twórczości Belloc'a - szczere przywiązanie do Kościoła katolickiego, zmysł historyczny, umiłowanie tradycji i zdrowy demokratyzm, odwracający się ze wstrętem zarówno od wszechwładzy międzynarodowego kapitału, jak od mrzonek kolektywistycznych czy komunistycznych.

         Wnet okazał się Belloc świetnym satyrykiem - ale jakże odmiennym od Shaw'a lub od starszego wiekiem, młodszego w literaturze Galsworthy'ego. Satyra autora "Żydów" ma zawsze podkład pozytywny. Czuje się wybornie, że szydzi on nie dla złośliwej igraszki, nie dla lekkomyślnego burzenia, ale dlatego, że chciałby na miejscu tego, co potępia jako chorobliwe i szkodliwe, ujrzeć objawy zdrowe i zbawienne. Nigdy też nie daje się porwać szałowi wyśmiewania, ma przed oczyma wyraźnie zakreśloną granicę, której nie przekracza, bo za nią są rzeczy poważne i święte. Zachowuje też stale umiar artystyczny. Jego chłodna, intelektualna ironja, nigdy nie sięgająca po jaskrawe barwy, przypomina szermierkę Wołodyjowskiego ruch szabli ledwie dostrzegalny, a cięcie zabija. Większe to robi wrażenie, niż hałaśliwy sarkazm, podkreślający z ostentacją każdy obraz i każde wypowiedziane słowo. Belloc chętnie używa groteski, ale ogranicza się do treści. Forma pozostaje zawsze dyskretna, a na twarzy autora widnieje wiecznie ten sam pół-uśmiech człowieka, który dobrze przemyślał życie, zanim wziął się do jego malowania pastelami, choć w karykaturze.

         Szerokie koła publiczności zdobył Belloc opisami podróży, przedewszystkiem wciąż przedrukowywaną "Scieżką do Rzymu". Naogół jednak nie jest zbyt popularny. I nic w tem dziwnego. Jego sposób pisania przemawia raczej do wybranych, niż do mas, poglądy zaś przeciwstawiają się ostro modnym poglądom, zakorzenionym z niewielką korzyścią dla Anglji w powiktorjańskiem pokoleniu. Belloc prowokuje sceptyków, wołając o wiarę, a protestantów, widząc tę wiarę w katolicyzmie. W dobie niesłychanego rozpowszechnienia się gazet, tanich i świetnych pod względem technicznym, a intelektualnie bezwartościowych i moralnie szkodliwych, piętnuje ich wpływ i odsłania ich zakulisowe machinacje. Na widok cudów cywilizacji materjalnej wyraża tęsknotę za średniowieczem. Zasuggestjonowanym zewnętrzną wspaniałością Anglji próbuje otwierać oczy na niebezpieczeństwa, idące w parze z jej rozrostem, i na rysy, dostrzegalne na olbrzymim gmachu, więc na rzeczy, o których przyjemniej nie wiedzieć. Potępia i kapitalizm i socjalizm, wywołując po obu stronach niechętne wzruszanie ramionami. Pacyfistom prawi o żołnierskiem bohaterstwie i o strategji, na której zna się, jak na laika, doskonale. Zwolennikom ideologji wszechludzkiej głosi nacjonalizm. Żydom powtarza wciąż zresztą bez nienawiści i pogardy, że są żydami. Unika ulubionych dziś tematów seksualnych. Ale przedewszystkiem pośród społeczeństwa, które z mniejszą lub większą świadomością kształtuje swe pojęcia na podstawie nauk ścisłych i fllozofji materjalistycznej, a tym sposobem odcina się, czy raczej usiłuje odciąć od przeszłości, reprezentuje typowo humanistyczny i historyczny sposób myślenia.

         Ten jego zmysł historyczny wydał już cały szereg utworów. Pociągały Belloc'a naprzód zwłaszcza dzieje Francji podczas Wielkiej Rewolucji i poświęcił im szereg studjów ("Danton", "Robespierre", "Marja Antonina" i "Rewolucja francuska", rodzaj krótkiego resume poglądów). Autor podkreśla zależność wypadków paryskich od zawikłań międzynarodowych i od działań wojennych, przez co silnie uwydatnia w rewolucji pierwiastek nacjonalistyczny. Deklaruje się równocześnie jako zwolennik idej rewolucyjnych i jako katolik. Twierdzi i usiłuje udowodnić, że między zasadami, z których wyrosła rewolucja, a religją katolicką nie było sprzeczności, a konflikt wyniknął z nieporozumienia między temi dwiema wielkiemi siłami i z charakteru osób, które je reprezentowały. Wypowiada przy tej sposobności następujące zdanie:

         "Jeżeli... jest prawdą, że istnieje zasadnicze duchowe przeciwieństwo między rewolucją a Kościołem katolickim, to czas przyniesie dowody. Będziemy w tym wypadku patrzyli na ustawiczne rozszerzanie się konfliktu, aż rewolucja stanie się głównie siłą, dążącą do zniszczenia katolicyzmu, a Kościół katolicki będzie zwolennikowi rewolucji zdawał się nie głównym, ale jedynym wrogiem. Do takiego rozwoju sprawa nie doszła w ciągu stu lat; tylko znacznie dłuższy okres czasu pozwoli osądzić, czy rzekomy pojedynek jest rzeczywistością, czy fantazją”.

         Lekka wątpliwość, dźwięcząca w tych wyrazach, rosła widocznie, gdyż Belloc nigdy nie powtórzył już tego poglądu, wypowiedzianego w r. 1911. I nie trzeba było zbyt długiego okresu czasu, aby go przekonać, że się mylił. To też im wyraźniej zdawał sobie z tego sprawę, tem szybciej postępowała ewolucja jego poglądów i ze zwolennika rządów reprezentacyjnych zmieniał się w zwolennika silnej władzy monarszej.

         Widać to doskonale w jego pracach z zakresu historji angielskiej, powstałych już po wojnie. Historja ta, dzięki dwom wielkim pisarzom XIX w., Macaulay'owi i Carlyle'owi, oraz ich satelitom, oświetlana była długo z pewnych szczególnych punktów widzenia. Belloc schodzi się z paru najnowszymi historykami, którzy przeprowadzają rewizję rzeczy, długo uważanych za pewniki.

         W owej "Historji Anglji", której ogłoszone dotąd trzy tomy dochodzą do przedednia reformacji, odrzuca on teorję o przewadze pierwiastków germańskich w kształtowaniu się społecznej i kulturalnej więzi narodu i państwa, a kładzie nacisk na wpływ cywilizacji łacińskiej i rolę Kościoła katolickiego. Dalej odrzuca też, a nawet zwalcza przyjmowany zazwyczaj schemat konsekwentnego rozwoju swobód konstytucyjnych od Magna Charta Jana Bez Ziemi (1215), aż po dzisiejszą czteroprzymiotnikową (bez proporcjonalności) ustawę wyborczą. Tak np. idealizowana przez historyków postać Szymona de Montfort, który na synu Jana, Henryku III, wymusił stworzenie Izby Gmin, przedstawia się Belloc'owi, jako powszechny w czasach feodalnych typ ambitnego, a niesfornego magnata, nie mającego przed oczyma celów donioślejszych nad własną korzyść. Natomiast dodatnio wychodzą postaci energicznych królów, którzy usiłowali rządzić samoistnie. Belloc stara się zrehabilitować ich pamięć przez odrzucenie faktów, podanych przez nieprzychylnie usposobionych kronikarzy. Być może, iż jest w jego poglądach nieco przesady, lecz akcja zawsze równa się reakcji, a w historjografji angielskiej rzeczywiście dużo było liberalnego stylizowania ludzi i wypadków. Okres reformacji znów roi się od zmyśleń fanatyków protestanckich którzy takie postaci, jak np. służalczy i chwiejny arcybiskup Cranmer, stroili w nieugiętą cnotę, a oczerniali obrońców katolicyzmu, choćby tak szlachetnych, jak Sir Tomasz More. Przedsmak traktowania tych czasów w "Historji" Belloc'a daje ogłoszona jako szkic do nich książka o wprowadzeniu protestantyzmu w Anglji, należycie podkreślająca czynnik, który niewątpliwie zadecydował, - chciwość Henryka VIII i szlachty na dobra kościelne.

         Społeczne poglądy Belloc'a najlepiej odbijają się w wydanem w r. 1913 "Państwie niewolniczem" . Uważa on własność indywidualną za podstawę wolności jednostki. Z tego powodu nie widzi zasadniczej różnicy między kapitalizmem w dzisiejszej formie a socjalizmem. Jeden i drugi zmierza wprost do wyzucia jednostki z własności i uczynienia z niej niewolnika. Człowiekowi, mającemu jedyne oparcie w pracy, jest wszystko jedno, czy chlebodawcą jego będzie jakiś koncern, czy wszechwładne państwo, zwykle zresztą z nim identyczne. Warunki bytu takiego człowieka mogą być znośne, ale w każdym razie będzie on skazany na ślepe posłuszeństwo i wciąż zagrożony nędzą, nawet śmiercią głodową. Państwo niewolnicze już weszło w życie. Dowodem regulowanie płac przez rządy, lub przez specjalne stworzone komisje, przymusowy arbitraż, przymusowe ubezpieczenia i wogóle szerzenie się etatyzmu, który pod pozorem socjalizacji środków produkcji "już zwiększył i stale zwiększa zależność społeczeństwa od kapitalisty". Jak widzieliśmy, rzeczywistość przekreśliła teorje Belloc'a na temat stosunku między skrajną demokracją a religją. Co do poglądów, wypowiedzianych w "Państwie niewolniczem" przyznała mu słuszność, której widomym znakiem jest fakt, że ogłosił on w r. 1927 drugie wydanie tej książki - z dodatkową przedmową, lecz pozatem w niezmienionem brzmieniu.

         Naturalnie, choć Belloc mówi o nowoczesnem niewolnictwie tonem spokojnym i takimże tonem stwierdza, że pierwsze kroki w tym kierunku już są poczynione, ma przed oczyma inny ideał, ideał wolności osobistej, opartej na indywidualnem władaniu ziemią i warsztatami pracy. Stąd wraz ze swym przyjacielem Chestertonem założyli Ligę Dystrybutystów. Nie bierze ona na razie udziału w życiu politycznem, lecz szerzy owe idee przy pomocy zebrań, dyskusyj i gazet. Nawiązując do tradycji ekonomisty samouka z pocz. XIX w., Cobbetta, nawołują dystrybutyści do wskrzeszenia rolnictwa, przeciw olbrzymim fabrykom i magazynom w stylu amerykańskim wysuwają drobne warsztaty i sklepy, a organizację społeczeństwa pragną oprzeć na religji i rodzinie. Przeciwstawiają się imperializmowi, radziby powrócić do dawniejszych stosunków. Uważają parlament za teren intryg kapitalistycznych i korupcji (dlatego też nie usiłują wejść do niego), a zbawienie widzą w przywróceniu władzy korony. Dotąd nie wywierają większego wpływu.

         Długie lata studjów poświęcił Belloc kwestji żydowskiej . Najlepiej świadczy o tem fakt, że w ogłoszonej w r. 1909 powieści "Zmiana w gabinecie” wprowadził siebie samego w epizodycznej postaci badacza tej kwestji, mieszkającego w cichej miejscowości nadmorskiej i obłożonego stosami książek, potrzebnych do jej zgłębienia. Dzieło "Żydzi" wyszło aż w r. 1922 i rzeczywiście wykazuje gruntowną znajomość przedmiotu, co dobrze widać np. ze wzmianek o stosunkach polskich. Autor nie jest zwolennikiem asymilacji, gdyż nie wierzy w jej możliwość. Cytuje zdanie Disraelego, że niższa rasa nigdy nie zasymiluje wyższej, nie dlatego, aby uznawał wyższość żydowską, ale na dowód, że poczucie tej wyższości u żydów istnieje i uniemożliwia ich absorbcję przez społeczeństwa aryjskie:

         "Żyd z londyńskiego East End, nędzarz nad nędzarze, czuje się czemś lepszem od urzędnika, przed którym go stawiają, od policjanta, który utrzymuje porządek na ulicy, a czemś nieskończenie lepszem od żołnierzy i marynarzy o prostodusznem spojrzeniu, których zawód jest typowym dla naszej rasy. Czuje się nawet nieskończenie wyższym od tych, których lepiej rozumie, od ludzi, zajmujących się interesami".

         Ale to nie jedyna "przyczyna tarcia" po stronie żydowskiej. W związku z poczuciem wyższości są dalsze:

         "Żyd gotów jest pisać o naszej religji, przyjmując jako pewnik, że jest ona nonsensem, i dziwić się, że się obrażamy. Gotów występować w naszych dyskusjach o sprawach narodowych... i doznawać osłupienia, odkrywszy, że jego obojętność na uczucia narodowe działa drażniąco".

         Równie ostro mówi Belloc o żydowskiem zamiłowaniu do anonimowości. Prawda, że powstało ono na tle prześladowania, ale i tak jest oburzające. Dalej działają na niekorzyść żydów winy ich dwóch odłamów: wielkich kapitalistów i bolszewików. Belloc odrzuca tezę, jakoby żydzi byli naogół narodem bogatym. Niewątpliwie jednak rekrutują się z pośród nich międzynarodowi magnaci kapitału, narzucający światu monopole (np. sceniczny, owocowy, tytoniowy istniejący tam, gdzie niema państwowego, ale działający wszędzie, metalowy, w swoim rodzaju najgroźniejszy, i finansowy t. j. dziś ogólnie ekonomiczny). Działają tu drobne grupki ludzi, które Belloc nazywa poprostu zbrodniczemi, wyrażając obawę, że zapłaci za nie Izrael jako całość. Bolszewizm uważa za ruch czysto żydowski, gdyż począł się z umysłowości żydowskiej, niezdolnej pogodzić się z pojęciem własności w europejsko-aryjskiem znaczeniu. Zaznacza ostre przeciwieństwo między nim a rewolucją francuską:

         "Ruchy społeczne były zazwyczaj szowinistyczne i zawsze dążyły do podziału dóbr materjalnych".

         Tymczasem rewolucja rosyjska odrzuca (względnie odrzucała w swej pierwszej fazie, o której pisał Belloc) i patrjotyzm i podział własności. Tem różni się od wszystkich innych i jest widocznie typowo żydowską. Żyd z powodu spersis ma poczucie narodowości odmienne od naszego, sofizmaty rewolucyjne na temat szkodliwości nacjonalizmu dla rozwoju ludzkości mają dla niego realną wartość, gdyż "Anglja", "Francja", "Polska", "Irlandja" nie są mu potrzebne i przedstawiają mu się, jako chimery. Widzi tylko jednostkę, gdyż nie może wątpić o jej istnieniu. Uboczną zaś przyczyną bolszewizmu była i nienawiść żydów do Rosji. Z drugiej strony zestawia Belloc dodatnie strony charakteru żydowskiego, a więc dary intelektualne, których żyd umie używać na zimno i skupiać w jednym kierunku, podczas gdy my swoich przeważnie używamy w podnieceniu i wytężamy w kilku kierunkach, wytrwałość, wstrzemięźliwość i t. d. Lecz każda wada i zaleta przybiera u żyda specjalną formę żydowską, dla nas często niezrozumiałą. Wogóle dużo jest nieporozumień. Mówi się, że żydzi są zdrajcami, przytaczając na dowód, że przed wojną światową i w czasie wojny mnóstwo ich było szpiegami po obu stronach. Kwalifikowali się do tej roli dzięki znajomości języków i terenów, częstym podróżom oraz stosunkom po całym świecie. Wynajmowali się więc nieżydowskiem państwom i grupom, lecz nie zdradzali Izraela.

         Brak tu miejsca na przytoczenie więcej myśli z głębokiej książki Belloc'a (1), ograniczę się więc już tylko do jego praktycznych wniosków. Żydzi są w społeczeństwach europejskich ciałem obcem. Trzeba na to zaradzić. Są dwa sposoby - usunięcie lub oddzielenie. Pierwsze mogłoby polegać na zniszczeniu, wypędzeniu lub zaabsorbowaniu, drugie może być wrogie lub przyjazne. Tylko ta ostatnia ewentualność (oddzielenie przyjazne) powinna być zarazem dążeniem, gdyż inne są albo nieetyczne, albo nie osiągalne.

         Można więc Belloc'a określić, jako asemitę. Ale nie objawia on zbytniej wiary w wykonalność owego przyjaznego oddzielenia i, kończąc książkę słowami "Pokój Izraelowi", mocno je modyfikuje dodatkiem "Co do mnie"... „Żydzi" wywołali ostre ataki na autora ze strony żydów i sympatyzujących z nimi literatów, między innemi ze strony znanego katolikofoba i wyznawcy wszelkich brytyjskich uprzedzeń, dziekana Inge' a.

         Powieści Belloc'a urodziły się wszystkie z jego studjów społecznych i mają charakter satyryczny, a ostrze satyry zwraca się głównie przeciw nieuczciwym praktykom kapitalistycznym. Bohaterem "Emanuela Burden" jest uczciwy, nieco tępy kupiec angielski starej daty, którego grupa spekulantów wciąga w typowo oszukańcze przedsiębiorstwo, aby posłużyć się jego nazwiskiem do wabienia ofiar. Belloc używa tu po mistrzowsku stworzonej niegdyś przez Marję Edgeworth (a u nas zastosowanej w "Podfilipskim") formy opowiadania osoby, która nie orjentuje się w moralnej stronie wypadków i w charakterach osób. W dalszych utworach łączą się ściśle motywy spekulacji i polityki zupełnie tak, jak w dzisiejszem życiu angielskiem. Tytuł "Wyboru p. Chitterbucka" mówi za siebie.

         "Zmiana w gabinecie" wybija się obok "Łaski Allaha" na czoło beletrystycznej twórczości Belloc'a. Akcja polega tu głównie na groteskowej chorobie, zmyślonej przez autora, dzięki której bohaler, będący kapitalistą i czynnym politykiem, zaczyna w każdych okolicznościach mówić prawdę, postaci są karykaturami, ale mimo całej przasady niepodobna nie przyznać, że punktem wyjścia jest rzeczywistość. Wykonanie stoi na bardzo wysokim poziomie artystycznym.

         Dalsze powieści nie osiągają naogół tej doskonałości, gdyż żadna nie ma tak świetnie obmyślonej akcji, ale stanowią, jak "Dom, w którym straszy", galerję wybornych karykatur - w tym wypadku są to postaci trzech lordów. Dwóch należy do nowego typu arystokracji, amerykańskiej i angielsko-małomieszczańskiej prowenjencji. Trzeci pochodzi ze starszej, choć niebardzo starej rodziny. Jako człowiek niezamożny zrobił karjerę uniwersytecką i jako profesor psychologji w czasie wojny tak świetnie odczytywał myśli niemieckich wodzów, że otrzymał za to po zwycięstwie od wdzięcznej ojczyzny dwadzieścia tysięcy funtów. Nie odczytawszy widać myśli niemieckich finansistów, umieścił te pieniądze w niemieckiej pożyczce pokojowej i wskutek dewalucji marki otrzymał za nie stos obligacyj - łącznej wartości sześciu pensów, więc zarabia niedyskretnemi notatkami, umieszczanemi w gazetach i stąd węszy wciąż po domach wyższego towarzystwa za skandalami.

         Osobne miejsce zajmuje "Łaska Allaha", gdyż łączy się zarówno z "Państwem niewolniczem", jak "Zydami", za których ilustrację poprostu uważa ją niemiecki krytyk Fryderyk Wild. Rzecz może nie jest tak prosta. Niewątpliwie przemawia za jego interpretacją środowisko wschodnie, zrobienie bohatera Arabem (a więc semitą) i szereg rysów jego charakteru. Ale należy mieć w pamięci owo miejsce z "Żydów", gdzie Belloc zastrzega się, że nie czyni ogółu narodu wybranego odpowiedzialnym za zbrodnicze praktyki wielkich kapitalistów. Ponieważ jednak opanowywanie świata przez anominowy kapitał i monopolizowanie różnych gałęzi handlu czy przemysłu przypisuje grupom żydowskim, więc jego Mahmud jest zarówno przedstawicielem międzynarodowego kapitalizmu, jak żydostwa. W praktykach jego spotkamy się naturalnie znowu, zgodnie z metodą autora, z karykaturą, lecz jest to karykatura, oparta na bystrej i ścisłej obserwacji. Najlepszy dowód w tem, że trudno pomylić się co do jej przedmiotu, przywodzącego odrazu na pamięć rzeczywistość.

         Ostre kontury treści pokrywa zawsze u Belloc'a starannie zachowany umiar wysłowienia. Dzięki temu satyra jego przypomina czającego się wśród kwiatów węża łacińskiego poety. Belloc wie, że bronią, którą włada najwalnIej i najskuteczniej, jest ironja. Stąd szuka specjalnych form. Jak "Emanelowi Burden" dał formę zapisków naiwnego obserwatora, stojącego na boku i nie rozumiejącego istoty zjawisk, tak tu kazał przedstawiać je samej postaci centralnej, która je aż nadto dobrze rozumie, ale niezawsze puszcza wodze cynizmowi i przeważnie woli drapować się w szatę hypokryzji. Belloc dorobił przy tej sposobności groteskową ramę opowiadania ku zbudowaniu i pouczeniu licznych potomków ubogiego krewnego. Każdy szczegół ma tu swą wagę, każdy potęguje wrażenie i owa charakterystyczna godzina publicznych egzekucyj (pewnie nad biedakami, którzy pokradli drobne sumy), i "rozkoszna zimna woda", którą Mahmud traktuje bratanków, i chrapliwy głos murzyna, i pełna szacunku postawa słuchaczy, i ich naiwne uwagi, a nadewszystko świetny epizod końcowy, którego bohaterem jest najzdolniejszy z młodzieńców - to wschodząca gwiazda, to ten, co "weźmie po Bekwarku lutnię".

         O ile idzie o samo opowiadanie, Belloc wskrzesił tu popularny niegdyś rodzaj, powstały w połowie XVI w. w Hiszpanji ("Lazarillo de Tormes" tłumaczony na polski p. t. "Łazik z Tormes"), który odegrał pewną rolę w genezie "Don Kiszota", naśladowany był w Anglji już z końcem w. XVI ("Jack Wilton czyli Nieszczęśliwy podróżnik" Tomasza Nashe'a), później we Francji (n. p. przez Le Sage'a) a wreszcie przyczynił się do powstania angielskiej powieści XVIIIw. (Defoe'go, Fieldinga, szczególnie Smolletta), a także powiastek filozoficznych Voltaire'a. Bohaterem jest picaro czyli łotrzyk. Wędruje po świecie, czasem żebrze, czasem okrada, zwykle oszukuje i bywa oszukiwany, wogóle znajduje się naprzemian na wozie i pod wozem. Ustawiczna zmiana środowiska daje autorowi pole do malowania naj rozmaitszych stosunków i postaci, przyczem cel jest satyryczny. Na końcu picaro zazwyczaj osiedla się gdzieś na stałe i postanawia poprawę.

         Belloc rodzaj ten zmodernizował. Bohaterem uczynił nie jakiegoś międzynarodowego kieszonkowca czy włamywacza, minorum gentium ptaka niebieskiego, lecz spekulanta w wielkim stylu, ale wprowadzając go odrazu jako potentata finansowego, zaczął opowiadanie od jego skromnych początków. Uczynił to dla zaznaczenia, że stawia narówni jego pierwsze, prymitywne kradzieże i późniejsze wielkie operacje finansowe, wpływające na losy państw i narodów.

         Losy Mahmuda przypominają cały szereg ustępów "Państwa niewolniczego" i "żydów", gdzie np. Belloc, zwalczając złudzenie, że żydzi są narodem bogatym, stwierdza, iż fortuny ich prędko powstają i prędko nikną. W działalności Mahmuda podkreślić jeszcze należy trzy momenty: jego częste występowanie w roli członka społeczeństwa, wśród którego osiedlił się niedawno; częste wzmianki o przekupstwie, więc zaznaczanie demoralizującego wpływu, jaki sieje wokoło ten rycerz przemysłu w wielkim stylu; wreszcie powracający ustawicznie moment upaństwowienia, dokonywanego wśród szczytnych deklamacyj o korzyściach dla społeczeństwa i wyrazów wdzięczności dla jego dobroczyńcy, który w rzeczywistości wypełnia sobie kieszenie pieniądzem publicznym. W tym punkcie, zgodnie z teorją "państwa niewolniczego", spotykają się z sobą kapitalizm i etatyzm (a więc socjalizm), schodzący do roli pokrywki dla zbrodniczych machinacyj pasorzytnej jednostki.

         Dla tem wyrazistszego przedstawienia postaci centralnej zrezygnował Belloc z dokładniejszego zróżniczkowania środowisk. Nadał mu ze względów artystycznych koloryt wschodni. Ale gdy słyszymy np. o naiwności żołnierzy i rolników przypominam zacytowane miejsce z "Żydów", gdzie mowa o "żołnierzach i marynarzach"; o zacofaniu pod względem finansowym społeczeństwa, w którem nikt nie obliczy sprawnie procentu składanego na lat dziesięć; o niezdarnie skonstruowanych ustawach, mającym zapobiegać oszukańczej spekulacji, ale w gruncie rzeczy nie stanowiących żadnej przeszkody dla Mahmuda - czujemy, że autor ma na myśli Europę i społeczeństwa aryjskie, idealny teren eksploatacyjny dla intelektu żydowskiego, wytężonego w jednym kierunku, a nie skrępowanego aryjską etyką. Tym sposobem satyra godzi i w środowisko. Belloc mówi w "Żydach" wyraźnie:

         „Wdać się z żydowską zdolnością handlową i potem skarżyć się na wynik, to rzecz godna pogardy".

         I bodaj, że tu jest myśl powieści, jej nauka moralna, dzięki nadzwyczajnemu taktowi artystycznemu ledwie leciutko zaznaczona, ledwie dająca wyczytać się między wierszami. Nie antysemityzm, lecz asemityzm jedyne rozsądne i celowe stanowisko(2).



(1)Ciekawy może znaleźć więcej szczegółów w mojej książce "Z Anglji współczesnej" (Lwów, Ossolineum, 1927), gdzie jeden szkic poświęcony jest Belloc'owi, drugi prawie w całości "Żydom".
(2)Artykuł powyższy ukaże się jako wstęp do książkowego wydania "Łaski Allaha", które ogłosi Księgarnia Sw. Wojciecha w Poznaniu.

Władysław Tarnawski, "Hilaire Belloc", w: "Myśl Narodowa" nr 12, 1930r.

Powrót