O tym, gdzie szukać prawdy w gazetach i jak zapewnić sobie długie życie

        Większość z nas połowę swojego czasu poświęca na mieszanie dzinnikarzy z błotem, zwłaszcza zaś ci, którzy przez drugą połowę czasu dziennikarstwo sami uprawiają. Łatwo jednak krytykować daną rzecz, a prawdziwe problemy pojawiają się dopiero wtedy, kiedy próbujemy ją naprawić, ponieważ nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik i nic ich tak nie dzieli, jak przekonania o tym, co należy zmienić. Kiedy dwaj ludzie z niekłamanym entuzjazmem jednoczą się przeciw trzeciemu, to zwykle stawiają mu całkowicie sprzeczne ze sobą zarzuty, a zgadzają się tylko co do tego, że owe zarzuty trzeba mu postawić. Myślę, że właśnie z taką sytuacją mielibyśmy do czynienia, gdybyśmy się dziś gremialnie wzięli za reformowanie dziennikarstwa. Co do mnie, na przykład, to jestem dogłębnie przekonany, że zmieniłbym w dziennikarstwie zupełnie inne rzeczy, niż większość ludzi - obawiam się, że zachowałbym ich odpady, a wyrzucił ich perły. Przykładowo, większość pełnych idealizmu reformatorów dziennikarstwa rozdziera szaty nad czymś, co nazywają "notkami", czyli krótkimi, jednoakapitowymi felietonami, dosadnymi anegdotami, wycinakmi z policyjnych raportów i ulicznych plotek. Jak dla mnie, te wszystkie notki są jedyną szczerą, autentyczną, wartościową, a nawet filozoficzną stroną dziennikarstwa. Tym zaś, co chciałbym zlikwidować, jest jego poważna strona - artykuły wiodące, uczone recenzje oraz autorytatywne i nieomylne relacje zagranicznych korespondentów. Większość osób najwyraźniej sądzi, że jeśli ludzka niegodziwość znajduje swój wyraz w dziennikarstwie, to właśnie w tych frywolnych i prześmiewczych formach. Jest to jednak niezgodne z fundamentalnym etycznym doświadczeniem. Żarty są generalnie szczere ze swej natury - to śmiertelna powaga zazwyczaj skrywa jakąś nieszczerość. Autor notek i tanich artykulików po prostu pisze w spsób ulotny i frywolny o jakimś ulotnym i frywolnym fakcie. Autor wiodącego artykułu musi pisać o rzeczy, o której wie od dwudziestu minut tak, jakby się nią zajmował od dwudziestu lat. Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, aby powtarzać żarty zasłyszane od Markiza Hamsworth, ale pomysł, żeby przyjmować i głosic jego poglądy jako własne, jest już dla mnie żartem idącym o wiele za daleko. Nie mam też nic przeciwko temu, żeby krzykliwe tabloidy serwowały mi lekkomyślne treści, ale kiedy zaczynają mi prawić morały, mówię "dość".

         Często zdarza mi się czytać w jakimś dzienniku krótkie notatki pisane potocznym językiem, pełne jednak filozoficznej głębi. Stanowią one rodzaj przeciwwagi dla bezmyślności wiodących artykułów. Te monumentalne pomniki ugodowości i hipokryzji są zwykle rozbijane w pył przez mały kamyczek, który jakiś wyrobnik podniósł tylko dlatego, że wzbudził jego ciekawość. Powiedzmy, że jakis poważny artykuł zaczyna się od następujących słów: "Chwilowo nie zamierzamy minimalizować cierpień wynikających z braku stałego zatrudnienia". Z samego tonu owej wypowiedzi wnioskujemy, że jest ona kłamstwem, że autor tak naprawdę chciałby zminimalizować cierpienia, itd., gdyby tylko mógł. Jednak kiedy spojrzymy na inną kolumnę, albo do innej gazety, naszym oczom mógłby ukazać się taki - powiedzmy - tytuł: "Chciał zjeść własne buty". Byłaby to historia jakiegoś wariata, który z głodu poogryzał swoje skórzane buty. Zwykła, szalona historyjka, przywracająca jednak trzeźwość naszego umysłu, pozwalająca uświadomić sobie czym jest głód i że nie jest on bynajmniej rzeczą, którą da się "zminimalizować", ponieważ przede wszystkim nie da się go wyolbrzymić. Weźmy jednak nieco lżejszy przykład - jakiś poważny dziennikarz, po zupełnie nieistotnych wyborach uzupełniających, mógłby napisać: "Nie chcąć w najmniejszym stopniu zaciemniać faktu oczywistej porażki Pana Simkina, musimy przyznać, że w obliczu takiej zmienności obsady foteli poselskich, odniósł on jednak moralne zwycięstwo". Gdybyśmy jednak w innym miejscu natrafili na drobny akapit zatytułowany "Nie kupili kota w worku" i przyciągnięci tak tajemniczym tytułem przeczytali tekst, będący relacją z wiecu wyborczego pokonanego kandydata, który musiał uciekać przed rozwścieczonym tłumem kryjąc się w worku na węgiel, wyniesionym następnie przez jednego z górników, to moglibyśmy zdać sobie sprawę z pewnego znaczącego szczegółu, którego polityczna laurka w gazecie nam oszczędziła. Moglibyśmy zdać sobie sprawę, że zwycięstwo - nawet moralne - trudno byłoby przypisać dżentelmenowi w worku na węgiel. Ze wszystkich sił zaklinam więc Poszukiwacza Prawdy (o ile udało mu się dotrwać do naszych czasów), aby porzucił poważne i wyszukane artykuły w gazetach i zechciał przedzierać się wraz ze mną przez opryskliwe komentarze. Mają one tę zaletę, że nie są skażone żadną z diabelskich i próżnych filozfii współczesności i nie zostały wydrukowane po to, aby pouczać, ale właśnie dlatego są najbardziej pouczające. Publikuje się je tylko jako dziwaczne i niecodzienne fakty, ale właśnie na tym polega ich wartość - że w ogóle są faktami. Nie da się bowiem powiedzieć tego w odniesieniu do rzekomych faktów, służących jedynie uzasadnienu takiej czy innej poliycznej, moralnej, albo socjologicznej koncepcji. Ludzie mówią dziś bez ogródek o wyjątkach, reguły zaś zmieniają jak rękawiczki.

         Pozwólcie, że przytoczę tu pewien przykład. Pewnego dnia przeczytałem w gazecie o dość zabawnym, ale i posiadającym filozoficzną głębię zdarzeniu. Otóż pewnien człowiek w Portsmuth postanowił zaciągnąć się do armii i jak to zwykle bywa, dostał jakiś formularz do wypełnienia. Pośród przeróżnych pytań, było w nim zawarte również pytanie o wyznawaną religię, na które człowiek ów, z pełną powagą odpowiedział "Matuzalemista". Ktokolwiek czyta te wszystkie formularze, musiał w swym życiu zetknąć się z wieloma dziwacznymi religiami, o ile armia nie schodzi na psy. Jednak cała jego specjalistyczna wiedza nie mogła mu pomóc w przypadku "Matuzalemizmu" i nie dał rady umieścić go pośród tego wszystkiego, co Bousset(1) nazwał odmianami Protestantyzmu. Ciekawy doktryn i skłonności owej sekty, spytał żołnierza co konkretnie miał na myśli, na co usłyszał odpowiedź, że jego religia nakazuje mu "żyć najdłużej, jak się da".

         Uznając odpowiedź żołnierza za wydarzenie znaczące w historii dziejów religii w Europie, musimy uznać, że całe tony kwartalników, miesięczników, tygodników i dzienników nieustannie dyskutujących o religijnych problemach, są w jej obliczu po prostu nic nie warte. Gazety codziennie opisują jakiegoś nowego filozofa i jego nową religię, ale pośród tysięcy słów zapełniających całe dwie kolumny nie ma ani jednego słowa tak mądrego i błyskotliwego, jak "Matuzalemista". Cały sens literatury sprowadza się do tego, aby długą i barwną historię opisać w sposób jak najberdziej zwięzły - dlatego właśnie współczesne książki filozoficzne nie są literaturą. Zaś żołnierz, którego osobę tu przywołałem, z pewnością posiadał duszę literata i był jednym z wielkich aforystów współczesności, takim jak Victor Hugo, albo Disraeli. W jednym słowie zawarł całą istotę dzisiejszego pogaństwa.

         Od tej chwili, gdy tylko jacyś nowocześni filozofowie przyjdą do mnie, aby objawić mi swoją nową religię (a cały ich tabun dobija sie nieustannie do moich drzwi), będę uprzedzał ich mętne wywody i sprowadzał je do jednego natchnionego słowa. Gdy jeden z nich zacznie: "Nowa Religia, opierająca się na Pierwotnej Energii Natury..." - natychmiast utnę jego wykład, mówiąc: "Matuzalemista". Gdy następny zacznie: "Dzieńdobry. Ludzkie Życie... jedyna prawdziwa świętość, wyzwolona od wiary i dogmatu..." - wykrzyknę mu prosto w twarz: "Wynoś się stąd, Matuzalemisto!". Gdy kolejny gość, kaszlący staruszek w przycemnianych okularach, zacznie wyjaśniać: "Moja religia jest Religią Uciechy, Religią Ciała i Ekstazy, a moja..." - "Matuzalemista!" - wykrzyknę bez wahania, uderzając go soczyście w plecy tak, że aż upadnie na ziemię. A kiedy tylko młody i blady poeta o kręconych włosach przyjdzie do mnie i powie (tak jak się to zdarzyło pewnego dnia): "Cała rzeczywistość to tylko nastroje i wrażenia, a te nieustannie się zmieniają. Dlatego tak trudno określić mi moją religię...", "A mnie nie." - odpowiem surowo - "Twoja religia polega na tym, aby długo żyć i jeśli pozostaniesz tu choćby chwilę dłużej, nie uda ci się wypełnić jej nauk".

         Ogólnie rzecz biorąc, nowa filozofia oznacza w praktyce pochwałę starej wady. Mieliśmy już sofistę wychwalającego okrucieństwo i nazywającego to męstwem. Mieliśmy sofistę broniącego rozpusty i nazywającego to wyzwoleniem uczuć. Mieliśmy też sofistę wychwalającego bezczynność i nazywającego to sztuką. Jest niemal pewne, że w tym karnawale sofistyki pojawi się pewnego dnia człowiek, który wywyższy tchórzostwo. A znalazłszy się raz w świecie tych wszystkich pustych i szalonych słów ileż będzie można wygłosić pochwał na rzecz tchórzostwa! "Czyż życie nie jest wspaniałą rzeczą wartą zachowania?" - spyta żołnierz uciekający z pola bitwy. "Czyż nie powinienem przedłużyć trwania wspaniałego cudu świadomości?" - zaduma się właściciel domu, kryjąc się pod stołem przed włamywaczem. "Jak długo ziemię porastają róże i lilie powinienem zostać tu, aby je podziwiać" - usłyszym spod łóżka, gdzie skrył się jakiś człowiek. Obrona tchórza jako poety i mistyka będzie rzeczą dziecinnie prostą, tak jak obrona przewrażliwionego histeryka jako poety i mistyka, albo tyrana jako poety i mistyka. Przykładów na to w dotychczasowej literaturze nie brakuje. Możecie się spodziewać, że kiedy ten ostatni krzyk chorobliwej sofistycznej mody będzie zapełniał książki, a jego zwolennicy wyjdą na mównice, powstanie wokół niego wielkie poruszenie wywołane przez małodusznych ludzi, którzy żyją wśród książek i mównic. Że powstanie nowa wielka Religia, Religia Matuzalemizmu z pełnymi przepychu celebracjami, kapłanami i ołtarzami. Że jej gorliwi krzyżowcy będą tysiącami składać przysięgi długowieczności. Pocieszę was jednak - nic z tego nie wyjdzie.

         Nic nie wyjdzie, ponieważ słabością owego kultu naturalnego życia (będącego najpowszechniejszym dziś wyznaniem wiary) jest jego ignorancja wobec paradoksu odwagi i to, że w istocie potyka się on o własne nogi. Tak naprawdę nikt nie straci swego życia szybciej, niż Matuzalemiści. Paradoks odwagi polega na tym, że człowiek musi do własnego życia odnosic się z pewną nonszalancją, choćby tylko po to, aby je zachować. A w konkretnym przypadku, który tutaj przytoczyłem, widzimy, w jak niewielkim stopniu teoria Matuzalemizmu wpływa na nasze życie. Mamy bowiem do czynienia z zagadką, którą trudno nam będzie rozwikłać - skoro religia wyznawana przez żołnierza nakazywała mu żyć najdłużej, jak się da, to dlaczego zaciągnął się do armii?



(1)Jacques-Bénigne Bossuet (1627-1704) - francuski duchowny katolicki, biskup, teolog, wychowawca i nadworny kaznodzieja Ludwika XIV, angażujący się w działania na rzecz powrotu Protestantów na łono Kościoła katolickiego. W 1688 wydał "Histoire des variations des Églises protestantes", monografię poświęconą różnym odłamom Protestantyzmu, która poprzez ukazanie sprzeczności i konfliktów pomiędzy nimi, miała uświadomić Protestantom do jak wielkiego chaosu i pomieszania doprowadziło ich odłączenie od Kościoła. Angielskojęzyczne wydanie z 1836 roku dostępne jest na stronie archive.org

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 23rd December, 1905
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót